Długi czas zbierałem się do tego wyjazdu. Na Fornost kilka lat temu zaprosił mnie znajomy, który był na pierwszej edycji imprezy. Mijały lata, a ja wciąż nie potrafiłem spakować się i wyjść naprzeciw nowej przygodzie. W tym roku powiedziałem sobie: „Basta!” i wyruszyłem. Czy żałuję? Ani trochę!

Fornost to coroczny konwent terenowy odbywający się na terenie Małopolski. W tym roku miała miejsce czwarta edycja tej imprezy. Odbyła się ona w dniach 15-24 lipca, jednak nie odbyła się w pierwotnie zapowiedzianym miejscu w Przyszowie, a tak samo jak w latach ubiegłych – w Żegiestowie przy granicy ze Słowacją. Jak to bywa na wydarzeniu tego typu, mamy do czynienia z grami RPG, planszówkami, LARP-ami. Jednak w przeciwieństwie do stacjonarek, tutaj możemy bawić się w terenie, śpimy pod namiotami (co ma swoje także negatywne aspekty, ale o tym dalej) i mamy możliwość lepszej integracji z uczestnikami. Całość trwała aż dziesięć dni, lecz ja postanowiłem wybrać się na najlepszy smaczek – Grę Główną, zatytułowaną „Skarb Północy”.

Integracja na Fornoście jest moim zdaniem jednym z najsilniejszych punktów imprezy. Każda nowa osoba jest dosłownie wchłaniana przez resztę doświadczonych już uczestników. Nie dostrzegłem, by istniały jakieś grupki znajomych, które izolują się od wszystkich i działają we własnym zakresie.  W tym roku przez konwent przewinęło się 80 osób. To całkiem sporo i trudno, by każdy znał każdego, ale jestem pewien, że miałem styczność z przynajmniej 80% z nich i pamiętam dobrze z twarzy, a nawet potrafię wymienić imiona/nicki większości. Inaczej – na 80 przybyłych 16 było nowych i wszystkie te osoby bez kłopotu poznały się z resztą i doskonale bawiły. Znalazłem przyczynę tego zjawiska. Oprócz naturalnego wchodzenia do grupy, typowego przy każdej imprezie, tutaj takim dopalaczem jest Turniej Strażników. Jest to seria konkursów, w ramach których uczestnicy dzieleni są na kilka zespołów (domów). W domach znajdują się zarówno doświadczeni konwentowicze, jak i nowicjusze. Dzięki temu każdy zaczynający dopiero przygodę z Fornostem miał już całkiem silny punkt zaczepienia do rozmów i dobrej zabawy z innymi.

Druga mocna strona, która nie uszła mojej uwadze, to organizacja zabawy w terenie. W obozie funkcjonował barek, w którym można było dostać ciepły posiłek (duży wybór) i napitek. Także w ten sposób zorganizowane były zamówienia na kanapki dla uczestników gry w terenie, który swoją drogą był obszerny i powrót do obozu stanowiłby niemały problem. W ten sposób organizatorzy świetnie zadbali, by uczestnicy zabawy przez cały dzień mogli pozostać na terenie gry, nie myśląc nawet o wracaniu do namiotów. Także odpoczynek nie był wielkim problemem – każdy mógł zajść do karczmy i tam coś wypić, usiąść na chwilę, podyskutować z innymi, nim obowiązki fabularne wezwały go w dalszą wędrówkę szlakiem. Odpocząć można było także we własnym obozie/przyczółku, który przygotowywany był w zamian za dodatkowe punkty, które uczestnik mógł przeznaczyć na rozwój swojej postaci.

No i Gra Główna. Dwa dni świetnej zabawy, podczas której trzeba się zorientować kto jest kim, znaleźć punkty zaczepienia i informacje dla własnego zadania oraz w końcu rozwiązać problemy. „Skarb Północy” osadzony jest w realiach tolkienowskich, choć organizatorzy podkreślają, że to świat oparty na nich, nie zaś rekonstruujący je. Jest tak, gdyż u Tolkiena zwykle bohater jest jeden (najwyżej jest ich mała grupa), a cała reszta to postacie mniej istotne. Trudno zrobić grę terenową, w której wszystkich 60 uczestników (tyle osób bawiło się w Grze Głównej) byłoby epickimi postaciami. Stąd lekkie rozszerzenie kontekstu i osadzenie historii w czasach rozpadu Arnoru, gdy u granic stoi Czarnoksiężnik z armiami Angmaru. Ponieważ jest to okres dość słabo opisany przez profesora, można wiele rzeczy dopisać samemu i rozwinąć.

Miałem szczęście być najbliżej akcji związanej z tytułowym „Skarbem Północy”. Dostała mi się rola dowódcy grupy elfów – Ectheliona z Rivendell. Przewodziłem elfom z Lórien i Lindonu, a wraz z nami podróżował dużo starszy elf o imieniu Hanuvo, pamiętający jeszcze dzieje Gondolinu. Choć formalnie ja przewodziłem oddziałowi, jego potęga mnie skutecznie blokowała i de facto to on miał decydujący głos. Wspólnie poszukiwaliśmy źródła mocy, które wyczuliśmy swego czasu w naszych siedzibach. Szczerze przyznam, że przez cały pierwszy dzień bezskutecznie poszukiwaliśmy informacji na temat źródła mocy, gdyż trudno było dowiedzieć się czegokolwiek od mieszkańców wioski, jak i lokalnego władcy ziem (który notabene okazał się potem jedynie oszustem podszywającym się pod tegoż). Drugiego dnia poszło znacznie lepiej. Odkryliśmy, że grabarz wykopał jakieś stare pamiątki z krasnoludzkich ruin. Udało nam się zdobyć ten skarb i z pomocą krasnoludów zaczęliśmy szukać sposobu otwarcia skrzynki. Niestety, od przedmiotu biła olbrzymia moc, która wzbudzała w nas chęć posiadania jej tylko dla siebie. Muszę powiedzieć – wszyscy uczestnicy świetnie odegrali swoje role. Sytuacja, w której staliśmy i wszyscy trzymaliśmy skrzynkę nie chcąc jej puścić, a potem powolnie odkładaliśmy ją na ziemię sprawiła, że niemal namacalna była moc kryjąca się w niej.

Koniec końców krasnoludy zabiły naszego strażnika skarbu i ukradły go. My powzięliśmy odwet na krasnoludach, ale przedmioty zabrał Hanuvo. Gdy próbowaliśmy ustalić szczegóły dotyczące przedmiotów znalezionych przy krasnoludach, Hanuvo umknął z nimi, a my mogliśmy tylko podjąć pościg. W pół godziny później zorientowaliśmy się, że zniknął. Niestety było za późno. Tak oto Skarb Północy przepadł.

Muszę przyznać, że chociaż fabuła nie zakończyła się do końca szczęśliwie (przynajmniej w  tej części, w którą byłem zamieszany), to jednak zabawa była wyśmienita. Każdy uczestnik potrafił świetnie wczuć się w swoją rolę. Gdy wchodziliśmy do wioski widać było, że ludzie czują przestrach i szacunek, gdyż nawiedzają ich elfowie. Hobbici skakali i bawili się beztrosko (sprawiając na mnie jedno z najlepszych wrażeń). Strażnicy, władca ziem, zarządca i inne postacie zostały doskonale odegrane, gdyż konwentowicze wcielający się w nich świetnie rozumieli swoje role w zabawie i adekwatnie do nich się zachowywali.

Na koniec warto wspomnieć o dwóch wątkach, które były na topie przez cały wyjazd. Pierwszy z nich to błoto. Było go dużo, bo niestety przez większą część konwentu padał deszcz. Przyznam jednak, że bardzo szybko przestałem na to zwracać uwagę. Zabawa z innymi była tak dobra, że z czasem nikt nie baczył, że raz czy dwa wpadło się po kostki do błotnistej brei w środku lasu. Dodatkowo atmosferę poprawiła piosenka wymyślona jednego wieczoru, pod wpływem dalszych, licznych opadów deszczu. Utwór był przerobioną wersją piosenki ,,Słoneczne Reggae”. Tak bardzo spodobał się uczestnikom, że przez niemal całą noc śpiewali i tańczyli do niego, powtarzając zwrotkę dobrych kilkaset razy (!). Poniżej filmik ukazujący fragment tego wydarzenia.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

Z pewnością mógłbym dodać jeszcze wiele innych uwag i wspomnień z imprezy, ale cała relacja musiałaby być trzy razy dłuższa. A przecież mówię o wrażeniach z trzech ostatnich dni konwentu. Ile się działo wcześniej? Nawet nie śmiem sobie wyobrażać. Z pewnością Fornost zostanie przeze mnie dobrze zapamiętany na lata i w przyszłym roku z przyjemnością wybiorę się na niego po raz kolejny.

Tagi: , , , ,

Ten tekst napisano 8 Sierpień 2011 o godzinie 18:17 i zamieszczono w kategoriach Konwenty, Relacje. Możesz otrzymywać powiadomienia o odpowiedziach do tego wpisu przez kanał RSS 2.0. Możesz zostawić odpowiedź lub wykonać trackback ze swojej strony.

4 komentarzy jak dotąd

Poro
 1 

Zapraszamy na Fornost za rok. W tym roku nie dopisało słońce przez co wieczorne imprezy nieco straciły na intensywności (wiem, że trudno w to uwierzyć :D )Bo to one pokazują jak magiczną imprezą jest ten konwent.

8 sierpnia 2011 o 19:47
 2 

No to w końcu wiem, co to za błotniste reggae i dziki bauns mi się przewijały an FB ;) Atmosfera na Fornoście rzeczywiście jest świetna :)

9 sierpnia 2011 o 21:11
 3 

Właśnie mi się przypomniało, że chyba w noc jak była na to największa faza ludzie śpiewali to też z powtórzenia na powtórzenie coraz szybciej :D

9 sierpnia 2011 o 21:15
Pelle
 4 

Wspaniała relacja, zapraszamy za rok! :D

11 sierpnia 2011 o 12:51

Zostaw odpowiedź

Imię (nick) (*)
Adres e-mail (pozostanie ukryty) (*)
Strona www
Komentarz