Dawno już nauczyłem się, że wszystkim nie dogodzi. W jakiejkolwiek sytuacji się nie znajdziemy znajdziemy zarówno osoby popierające dane zjawisko, jak i zupełnie mu przeciwne. I nie zdziwi nikogo, gdy napiszę, że takim najsilniej widocznym ostatnimi czasy w środowisku fantastów przykładem będzie film Hobbit: Pustkowie Smauga. Tydzień temu w końcu zobaczyłem film i postanowiłem przekazać kilka swoich przemyśleń.

 beczki

Hobbit: Pustkowie Smauga, to kontynuacja filmowej trylogii autorstwa Petera Jacksona. Niekwestionowanie zasłużonego dla kinematografii człowieka, który podjął się te ponad 10 lat wcześniej przeniesienia Władcy Pierścienia na duży ekran. Już wtedy adaptacja budziła wiele kontrowersji. Jednak zdaje się, że była zaledwie pryszczem w porównaniu, do samowolki, jakiej dopuścił się reżyser tworząc Hobbita. Film, który miał przenieść książkę do wielkich multipleksów okazał się rosnąć w tak zawrotnym tempie, że dopiero po nakręceniu ujęć PJ zdecydował się nie na dwie, ale trzy części.

I zaczęły się kłótnie o tworzenie trylogii, rozbijanie fabuły, dorabianie nowych wątków, niespójność ze światem Tolkiena, a nade wszystko – komercyjne ssanie ile się da ze spuścizny autora. I pewnie w wielu przypadkach racja leży po stronie tych narzekających. Jednak gdy spojrzymy na całe zjawisko z innej strony, okaże się, że do końca tak źle wcale nie jest.

Dlatego przede wszystkim wpis ten podzielę na dwa. Skoro PJ filmy mógł, to ja wpisy też mogę. A co?!

Hobbita można oglądać na trzy sposoby i myślę, że starałem się w ciągu jednego seansu odbierać go na każdy z nich po części, wcielając się w rolę widza każdej kategorii. Oczywiście – broń Eru – nie na raz. Dzięki temu myślę, że moje poglądy na temat filmu uległy swoistemu złagodzeniu. A nade wszystko obiektywizacji.

Spojrzenie pierwsze – tolkienista.

Chyba najbardziej restrykcyjny i trudny do zanegowania punkt widzenia. Jako czytelnik i ogromny fan twórczości Tolkiena od 12 lat czułem się w obowiązku tak zobaczyć choć część filmu. I tak, jak wszyscy inni zagorzali fani prozy profesora, przyznam wprost – film totalnie ssie!

Peter Jackson i cała reszta hałastry dołożyli absurdalne elementy fabuły równocześnie zubożając te oryginalne. Z jednej strony krasnoludy wpadają tłumem do pustego domu Beorna (a nie książkowo tak, jak miało to miejsce u Bilba), żeby można było pokazać zmagania ich gospodarza w zwiedzaniu okolicy i odstraszaniu orków. Jednak skoro już zmarnowaliśmy jedną scenę na gadanie dodanych niepotrzebnie orków, to przeskoczmy liczne rozmowy u Beorna i od razu poślijmy krasnoludów na granicę Mrocznej Puszczy. Tutaj okazuje się, że Thorin chwilę błądzą równocześnie nabawiając się objawów… nazwijmy to zatrucia, ale aż chce się wyciągnąć podręcznik objawów narkotyzowania.

motyle

Pamiętam nawet, że w jednym z Raportów Obieżyświata nabijaliśmy się z Pepcokiem z reakcji Bilba na widok niebieskich motyli w koronach drzew. Po takiej inhalacji szybko łapią ich pająki i Bilbo szybko ratuje krasnoludy z opresji. Ale żeby lekko nie było, te od razu wpadają w ręce leśnej drużyny elfich dresów. Ale o tym więcej następnym razem.

I tu akcja nieco zwalnia, bo trzeba przecież pokazać postać Legolasa, jego super sztywnego ojca – Thranduila, a przede wszystkim Tauriel, cichej opozycjonistki władcy, buntowniczki i trucicielki rasy elfów, która to czuję miętę do Kiliego. Stąd już blisko do wypadnięcia bandy Thorina beczkami do rzeki i poznania samego Barda, który pomaga krasnoludom dostać się do Miasta na Jeziorze. Tam okazuje się, że wcale lekko nie ma, trzeba trochę pokombinować. Może trzeba będzie naobiecywać złota, którego później raczej nie zobaczą na oczy.

elfowie

W końcu wyprawa do Ereboru, a tam już całkiem klasycznie próba wejścia do góry i posłanie Hobbita na misję samobój… zwiadowczą. Smokowi się to nie podoba, ale postanawia pobawić się trochę z jedzeniem (na odsiecz przychodzą krasnoludy). W efekcie uruchamiają wielkie piece, tworzą olbrzymią statuę ze złota, którą zalewają bestię, a ta ucieka twierdząc, że wygrała.

Słowo klucz dla tego odbioru: niezgodność!

smaug

Ale ale… spojrzenie dwa: adaptacja!

Dobrze, ale Hobbit to nie ekranizacja książki, a w najlepszym razie adaptacja. Czyli coś, co wzoruje się na książce. Czerpie z niej. Ale nikt z twórców nie mówi, że to jest 1:1 Tolkien. I powiem, że tak na to patrząc Hobbit jest neutralnym tworem. Jackson z wielu rzeczy zrezygnował, żeby móc wprowadzić pewne uspójnienia. Bo przyznać trzeba, że nagłe pojawienie się Barda i zabicie smoka w filmie byłoby co najmniej dziwne.

O ile książkowo ma sens, o tyle na wielkim ekranie można by było zarzucić reżyserowi fuszerkę. Stąd Bard poznaje krasnoludy i pomaga im, żeby zaraz tego żałować. Dlatego też okazuje się, że jest potomkiem Giriona, który miał rzekomo odłupać łuskę Smaugowi i dać szansę na zemstę swemu potomkowi.

bard

A co ważniejsze, najpewniej z tego powodu Kili raniony w nogę nie może opuścić Miasta i zostaje z kilkoma innymi krasnoludami u Barda. Dzięki temu nadal z perspektywy widza pierwszej części możemy śledzić działania Barda. Do tego trzeba dodać, że wpadają też orkowie, którzy chcą dopaść Thorina, ale przeszkadza im Legolas z Tauriel. Przy czym ta ostatnia oczywiście pomaga Kiliemu, po czym znika.

Film nie powala z tej perspektywy, ale jako adaptacja pokazuje przygodę Bilba i wyprawę po skarb. Nie jest to nudna historia (przyznam, że czytając książkę potrafiłem zasnąć nad nią) o wyprawie krasnoludów, ale już bardziej złożona konstrukcja fabularna. Bard próbuje osiągnąć swoje cele. Thorin swoje. A przy okazji Gandalf stacza walkę z Czarnoksiężnikiem i przegrywa.

Każdy z wątków nas ciekawi, ale nie porywa. Stąd w ten sposób patrząc na film – adaptacja jest dość neutralną pozycją w moim odczuciu.

Do trzech razy sztuka – superprodukcja.

Oczywiście nie można nie spojrzeć na film także pod tym kątem. To jednak jest film w 3D, nakręcony profesjonalnie, z wykorzystaniem 48fps. Film, który jest pełen efektów, niezwykłych, wręcz cudacznych, wygibasów bohaterów i ciągłego wyrzucania krytyków przy walce. To film, w którym pojawiają się znane nazwiska, i który ciągnie dalej epicki charakter pierwszej części.

W końcu jest to film, na który tłumy chcą ciągnąć, bo mogą czasem usłyszeć zabawną wypowiedź. Mogą też znaleźć postać, z którą im się najłatwiej utożsamiać – czy to miłosiernym, ale i odważnym Gandalfem, czy gburowatym Thorinem, czy niewinnym Bilbem, czy w końcu bucowatym Thranduilem.

thranduil

To produkcja, która trafi do każdego, a w końcu o to chodziło. Stworzenie produkcji niszowej nie miałoby najmniejszego sensu, bo nie dość, że nie zarobiłby (a takimi prawami się kieruje ten rynek), to jeszcze nawet mógłby się nie zwrócić. I można na to narzekać tyle, ile tylko chcemy. I można mówić, że teraz ludzie będą myśleli, że elfy i krasnoludy mogą się parzyć do woli, a jak jest się królem elfów to tylko takim chamem. W pierwszym racji mieć nie będą, w tym drugim już prędzej (ale o tym kiedy indziej).

Ważniejsze jest to, że każdy przeciętny widz (a więc nie restrykcyjny fan twórczości Tolkiena) wyjdzie z kina z poczuciem nie zmarnowanych pieniędzy i wyszczerzem na facjacie. Będzie zadowolony, że było mu dane zobaczyć magiczny świat, choćby nie był zgodny z wizją oksfordzkiego profesora.

Bo tym się rządzi popkultura prawem, że film ma cieszyć przede wszystkim większość. Takie to są marne skutki stosowania demokracji.

Czy podobał mi się Hobbit: Pustkowie Smauga? To zależy jak chciałbym ten film traktować.Jako czytelnik Tolkiena czuję, że Jackson całkiem zatracił opory przed zmianami. Ale jako fan superprodukcji kinowych i oglądania profesjonalnych efektów w światach fantasy na wielkim ekranie powiem, że czuję się zadowolony z Hobbita: Pustkowia Smauga. Dał mi to, co film kinowy dać mi powinien. Rozrywkę!

A tak na koniec:


A już w drugiej części pochylę się nieco bardziej nad postaciami filmowymi i niejednokrotnie drwiąc sobie z nich powiem, dlaczego zostały zrealizowane czasem dobrze, a czasem źle.

Oryginalny tekst pochodzi z bloga Janusza „Ivelliosa” Kamieńskiego przy kanale telewizji internetowej Raport Obieżyświata.

Tagi: , , , , , , ,

Ten tekst napisano 15 Styczeń 2014 o godzinie 20:29 i zamieszczono w kategoriach Felieton, Interpretacje, Recenzje, Śladami Hobbita. Możesz otrzymywać powiadomienia o odpowiedziach do tego wpisu przez kanał RSS 2.0. Możesz zostawić odpowiedź lub wykonać trackback ze swojej strony.

Zostaw odpowiedź

Imię (nick) (*)
Adres e-mail (pozostanie ukryty) (*)
Strona www
Komentarz